Jasne.
Tak chudłam, że aż przytyłam.
A przecież codziennie byłam na diecie. What a f.*** ??? !
Wracałam głodna ze szkoły, zestresowana, no i co, nie panowałam nad sobą. Opamiętanie przychodziło za późno. I tak caaały wrzesień. Z kolejnym tygodniem miałam uderzać z 500 kcal.... a wychodziło 1500.
No dobra, klękam.
Waga: 64 !!!!!!
Pamiętacie mój ostatni sukces !! Chwaliłam się dobiciem do 60 !! I to było niedawno, w ostatnim weekendzie wakacji, tego nigdy nie zapomnę...
Co za ironia.
Ciekawa jestem czy ludzie to widzą. A są spostrzegawczy bardzo, wiem że obserwują. I nie tylko mnie, bo w klasie się kilka dziewczyn jeszcze udchudza, potem tyją, potem znowu mdleją i znowu jojo.
Jak po wakacjach wróciłam to zauważyli.
.... Te 4 kilo... na pewno widać. Ja je czuję. Tęsknie za uczuciem żeberek pod biustem, kostkami miednicy. Gdzieś się one schowały :((( Wróćcie !!
Założyłam zeszyt, będę tam pisać codziennie wagę, mam tabelkę na najbliższe 8 tygodni. I motywacje, ostrzeżenia itp. Nooo i bilanse...
A co do bilansów...
Wpadłam już w taki trans że ja po prostu potrzebuję! tych 1000 kalori. ;( Inaczej jakoś tak nie wychodzi, czuję że muszę zjeść i... i bach. Jem. No w miarę zdrowo aczkolwiek ale dużo ponad limit. Moje niektóre bilanse były czasem nawet 1800.Skoro próby podjęcia natychmiastowych ostrych diet sie niepowiodły.. robię tak.
Codziennie coraz mniej i dokładniej.
Tak jak z rzucaniem papierosów, gdy codziennie palisz o jednego/dwa mniej, aż w końcu rzucasz.
Moja metoda jest podobna. I powiem, że działa, ponieważ czuję harmonie.
Obym tylko chudła! Muszę zejść do 500 !
Ave ! Różyczka!!
I motywacje:



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz